Z pól bitewnych do obozów jenieckich

Oglądając zdjęcia Gołdapi z lat 30-tych XX wieku nie sposób nie podziwiać pięknych i nowych wtedy kamienic wokół rynku, czy robiącej wrażenie siedziby powiatu (Kreishaus) projektu znanego niemieckiego architekta Fritza Shopohla. Kolekcjonerom zdjęć przedwojennej Gołdapi nie obca jest też seria pocztówek Der Krieg im Osten, przedstawiająca zniszczone podczas I wojny światowej miasto, przez które przetoczyły się armie obu stron konfliktu.

Żeby przejść od stanu kompletnej ruiny do pięknych kamienic, które przyniosły Gołdapi miano jednego z najschludniejszych wschodniopruskich miasteczek potrzeba było wiele ciężkiej pracy. Wykonano ją między innymi rękami jeńców wojennych. I to nie tylko rosyjskich.

Prusy Wschodnie były areną ciężkich walk kajzerowskich Niemiec z carską Rosją o czym świadczą cmentarze wojenne żołnierzy obu stron konfliktu w wielu mazurskich miastach i miasteczkach. Przetrzymywano tu też, co nie jest żadnym zaskoczeniem,  znaczną liczbę jeńców rosyjskich. Pewne zdziwienie budzić może natomiast liczna na tych terenach obecność jeńców innych nacji: Anglików, Szkotów, Kanadyjczyków, Australijczyków, Rumunów, Belgów, Serbów, Włochów, Francuzów,  a nawet  Hindusów. Wiązało się to z istnieniem w latach 1914 – 1919 jednego z największych w Prusach Wschodnich obozów jenieckich w Heilsbergu, (dzisiaj Lidzbark Warmiński), który mógł pomieścić nawet 15 000 ludzi. Stamtąd grupy więźniów były wysyłane do prac przy odbudowie zniszczonych wschodniopruskich miast. Należy przy tym pamiętać, że Prusy Wschodnie były właściwie jedynymi terenami Rzeszy Niemieckiej, które ucierpiały podczas walk, a w niektórych rejonach zniszczenia były o wiele większe niż te, których wschodniopruskie ziemie doznały 30 lat później.

W zasobach brytyjskiego National Archive znajdują się dokumenty świadczące o istnieniu w Gołdapi filii obozu w Heilsbergu. Pod sygnaturą WO/161/100/372 natrafimy na zeznania, które złożył szeregowy Harry Earl Drope przed prawnikiem M. Hymanem Isaacsem w Komitecie Do Spraw Traktowania Jeńców Brytyjskich przy Ministerstwie Wojny.

Dwudziestodziewięcioletni Harry Earl Drope – manager w firmie ubezpieczeniowej w kanadyjskim miasteczku Regina, zaciągnął się do Regimentu Księżniczki Patrycji kanadyjskiej piechoty lekkiej
i 2 czerwca 1916 r. ranny pod Ypres dostał się do niemieckiej niewoli.

Najpierw trafił do obozu Dülmen w Westfalii, gdzie spędził 2 miesiące.
W sierpniu 1916 r.  przeniesiono go na kilka dni do obozu Münster II, a stamtąd po trzydniowej podróży do obozu Heilsberg w Prusach Wschodnich. Tam jeńcy zostali podzieleni  w zależności od tego czy mieli wykonywać prace na rzecz władz cywilnych czy wojskowych. Drope wraz z 62 towarzyszami został wysłany do obozu w Stallupönen (obecnie Niestierow w Obwodzie Kaliningradzkim). Stamtąd wraz z 14 innymi jeńcami trafił do Gołdapi, gdzie skierowano go do pracy przy rozbiórce zniszczonych podczas działań wojennych budynków.

Oto co zeznał po przybyciu do Anglii w raporcie sporządzonym 13 sierpnia 1918 r. na temat pobytu w obozie w Gołdapi. Raport miejscami wydaje się nieco chaotyczny, co można zapewne tłumaczyć długą podróżą i wywołanym nią zmęczeniem. H.Drope złożył go bowiem zaraz po zejściu ze statku, który właśnie przybił do portu w angielskim Newcastle.

Gołdap 14 sierpnia 1916 – 4 lutego 1918 r.

W Gołdapi przebywałem już od 14 sierpnia 1916 r. gdy 4 lutego 1918 r. zostałem odesłany do szpitala w mieście. Gdy przybyłem do Gołdapi na jedno robocze komando składało się około 170 jeńców rosyjskich. W obozie nie było szpitala. Poważniej chorzy więźniowie byli  wysyłani do szpitala w mieście, który częściowo dostosowano do ich  potrzeb.

Szpital 4 lutego 1918 – 5 marca 1918 r.

W szpitalu przebywałem od 4 lutego do 5 marca 1918 r. Poziom leczenia był  całkiem niezły, chociaż niewiele było lekarstw i tylko papierowe bandaże. Cierpiałem na dyfteryt. Pielęgniarstwem zajmowali się bardzo zdolni rosyjscy sanitariusze. Naszym szpitalem była specjalnie przystosowana do tego dwukondygnacyjna przybudówka. Jak mnie poinformowano otrzymywaliśmy takie samo pożywienie jak niemieccy pacjenci. Urządzenia sanitarne były kiepskie i rzadko dezynfekowane. Nie było żadnych różnic w leczeniu ze względu na narodowość. Nie znam nazwiska doktora ale był on całkiem niezłym niemieckim lekarzem. Miał przyzwoite umiejętności i był ludzki. Nie byłem operowany. Wydano nam odzież szpitalną i pościel, którą w razie potrzeby wymieniano. Podczas pobytu w szpitalu przymykano oko na  pisanie listów do domu. Pozwalano nam pisać częściej niż to miało miejsce w obozie.

Gołdap 5 marca – 13 czerwca 1918 r.

5 marca 1918 r. odesłano mnie do obozu. Kontrola w obozie w Gołdapi jest sprawowana w następujący sposób:

W Heilsbergu rezyduje generał [komendant Stammlager Heilsberg generał-major w stanie spoczynku  Friedrich Imme (1848-1921) – M. B.]. Każdy punkt dowodzenia kompanii ma swoje komanda i dowodzącego nimi podoficerów. Nie pamiętam nazwisk podoficerów w Gołdapi. Podczas pobytu tam mieliśmy trzech różnych. Pierwszy z nich był bardzo surowy i brutalnie usposobiony do więźniów. Drugi dla porównania – człowiekiem bardzo przyzwoitym. Trzeci, który pełnił tę funkcję podczas ostatnich dziesięciu miesięcy  był surowy i zmuszał więźniów do ciężkiej pracy.

Zakwaterowano nas w nędznych barakach. Początkowo nieogrzewanych zarówno zimą, jak i latem lecz więźniowie, z naruszeniem przepisów (które w tym przypadku traktowano z przymrużeniem oka), zbierali opał by móc przygotować sobie ciepły posiłek. W ten sposób wytwarzało się też  trochę ciepła, które wystarczało na bardzo krótki czas. Później jednak, po uzyskaniu zezwolenia władz obozowych, więźniowie skonstruowali piecyk.

Kąpać się mogliśmy raz na dwa miesiące i musieliśmy w tym celu udać się do miasta. Inne urządzenia sanitarne były w opłakanym stanie. Wodę braliśmy z pompy znajdującej się na placu przed barakami. Latem wyglądało to znacznie lepiej, ponieważ kąpaliśmy się w pobliskim jeziorze. Warunki w baraku były tak prymitywne jak tylko można sobie wyobrazić, a brak wentylacji doprowadzał nas do mdłości. Same baraki były skonstruowane w ten sposób, że przynajmniej do połowy znajdowały się poniżej poziomu gruntu. Jedyna toaleta znajdowała się w ich wnętrzu i nigdy nie była dezynfekowana, czego zatrważające rezultaty łatwo sobie wyobrazić.

Pracę wykonywaną przez jeńców opłacało miasto do którego komando było przypisane. W tym przypadku Gołdap. Nadzór nad pracą jeńców sprawował Baumeister [chodzi prawdopodobnie o inżyniera budownictwa lub architekta- M.B.], który był cywilem lecz najwyraźniej miał w tym względzie nieograniczoną władzę. Instrukcje wydawane przez Baumeistera były przekazywane oficerowi dowodzącemu, a skargi na pracę jeńców do poszczególnych podoficerów komand. Wiele zależało w tym przypadku od osobowości Baumeistera. Pierwszy zmarł zimą między 1916
a 1917 rokiem, a jego następca był tyranem o mentalności nadzorcy niewolników. Typowym Prusakiem.

Gołdap, jak wiele innych miast Prus Wschodnich, została zniszczona przez Rosjan. Więźniów zatrudniono do jej odbudowy. Pracowali jako niewykwalifikowana siła robocza, a kluczowymi słowami były zawsze „szybciej, szybciej”. Sama praca była bardzo ciężka i wyczerpująca. Wynagrodzenie za nią wynosiło 30 fenigów za 10 godzin roboczych. Ani mnie, ani żadnego innego więźnia nie zmuszano do pracy przy produkcji amunicji. Racje żywnościowe składały się z litra zupy dwa razy dziennie oraz pół funta [ok. 230 g.- M.B.]czarnego chleba. Do czasu otrzymania pierwszych paczek więźniowie mocno przymierali głodem. Gdy zaczęły docierać paczki mieliśmy się jednak znacznie lepiej niż Niemcy. Wprawdzie w barakach znajdowała się kantyna, lecz nie miała ona praktycznie niczego do zaoferowania. Żadnej żywności. Można tam było nabyć jedynie zapałki, czernidło do butów i papier do pisania. Żywność przysyłana z zagranicy była dobra.

Z wyjątkiem niedziel nie mieliśmy czasu na ćwiczenia fizyczne. Nie wolno nam było wtedy opuszczać baraków, ale w niedzielne popołudnia ćwiczyliśmy trochę boks. Rękawice bokserskie otrzymaliśmy z amerykańskiej filii Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej [YMCA – M.B.]. Wolno nam było spacerować jedynie po placu apelowym. Nie było żadnych pomieszczeń rekreacyjnych. Palenie było dozwolone. Nie prowadzono posług religijnych. Podczas mojego pobytu w obozie nie panowała żadna epidemia.

Przez pierwsze 4 czy 5 miesięcy nie otrzymywałem paczek, lecz po tym okresie zarówno korespondencja jak  i  paczki przychodziły regularnie. Podczas mojego pobytu w Gołdapi około trzech razy wstrzymano ich wydawanie w ramach represji. Trwało to za każdym razem od 6 tygodni do
2 miesięcy. Wszelką korespondencję cenzurowano w Heilsbergu, a więc adresaci nie byli przy tym obecni. Niczego z paczek nie zabierano. Nawet puszek. Mogłem wysyłać dwa listy i cztery kartki pocztowe miesięcznie.

Znam tylko jeden przypadek brutalności w stosunku do brytyjskiego jeńca, starszego szeregowego Higginsa. Został uderzony rewolwerem w głowę. Z drugiej strony Niemcy traktowali rosyjskich jeńców z przesadną brutalnością, bijąc ich codziennie używając przy tym  wszelkiej możliwej broni. Takie traktowanie złagodniało jednak w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Na podstawie raportów o okrucieństwie w stosunku do członków innych komand, jakie do mnie docierały sądzę, że w porównaniu z innymi komandami nasze, jako brytyjskie, było faworyzowane.

Wszelkie przepisy ogłaszano we wszystkich językach [jeńców – M.B.]. Jeńcy nie popełniali żadnych czynów, które można by uznać za przestępstwo. Zazwyczaj dyscyplinę egzekwowano z pełną surowością, ale bywały też przypadki kiedy podchodzono do niej w sposób niedbały. W pewnym sensie lękano się konfliktu z więźniami brytyjskimi. Za przewinienia karano uwięzieniem w karcerze na okres od 5 do 14 dni.

Dwukrotnie odwiedził nas amerykański ambasador. Rozmowy odbywały się w obecności oficerów niemieckich  ale prowadzono je w języku angielskim, którego Niemcy nie znali. Pierwsza z wizyt była zapowiedziana, w związku z czym przygotowano się do niej z pełną starannością. Przedstawiciele rządu amerykańskiego przybyli samochodami w towarzystwie oficerów niemieckich ze Stallupönen. Miało to miejsce w październiku 1916 r. Druga wizytacja odbyła się w styczniu 1917 r. Była niezapowiedziana, a przedstawiciele amerykańscy byli bardzo skrupulatni. Ujrzeli szokujący stan baraków i nie mam żadnych wątpliwości, że opisali to w swoim raporcie. Tę drugą wizytę sprowokowała kartka pocztowa, którą szeregowy Stone będący moim współwięźniem, wysłał do swojego przyjaciela w Waszyngtonie informując w niej, że obóz wizytowano w sposób pobieżny. Cenzura działała wówczas w sposób niedbały i można było przekazać tego rodzaju informacje.
W rezultacie drugiej wizyty poprawiła się wentylacja w barakach, a także zezwolono nam czasowo na wyjścia raz w tygodniu do miasta by wziąć kąpiel. W czerwcu 1917 odbyliśmy również rozmowę telefoniczną z przedstawicielem holenderskim – Dr Römerem, który poprosił nas żeby wszystkie skargi kierować do niego do Berlina. Napisaliśmy list, który niestety do niego nie dotarł. Gdy odwiedził nas w październiku 1917 r. bardzo nam współczuł i powiedział że chociaż nie może spowodować poprawy naszych warunków  to poruszy niebo i ziemię żeby wydostać wszystkich brytyjskich jeńców z Prus Wschodnich.

Zbiegłem z niewoli 13 czerwca 1918 r.

Harry Drope zbiegł z niewoli razem z dwoma jeńcami rosyjskimi. Zanim jednak udało im się opuścić terytorium Niemiec jednego z Rosjan złapano i ponownie osadzono w obozie. Harry i drugi Rosjanin maszerowali na wschód przez 5 tygodni. Udało im się przeprawić przez Dniepr i  dotrzeć do Moskwy. Tam trafił pod skrzydła brytyjskiego konsula, który zorganizował mu transport do Archangielska i Murmańska. 13 sierpnia 1918 r. statek na którego pokładzie znajdował się szeregowy Harry Drope przybił do doku portu w Newcastle. Miesiąc później zwolniono go ze służby wojskowej ze względu na stan zdrowia i powrócił do rodzinnej Reginy w Kanadzie, gdzie zajął się handlem nieruchomościami. Zmarł w 1978 r. w wieku 89 lat.

Harry dochował się syna Williama urodzonego w 1921 r. William John Drope zaciągnął się do wojska w 1941 r. w Reginie – tym samym mieście z którego na wojnę wyruszył jego ojciec. Wstąpił do Kanadyjskich Królewskich Sił Lotniczych i tak jak on walczył w Europie. Jego Spitfire został zestrzelony 3 km od plaży Omaha dzień po lądowaniu aliantów w Normandii – 7 czerwca 1944 r. Udało mu się wprawdzie wyskoczyć z uszkodzonej maszyny ale spadochron nie otworzył się. Spadł do morza. Wysłana chwilę później łódź z pobliskiego niszczyciela odnalazła jego ciało. Porucznik William Drope został pochowany na cmentarzu wojennym w Bayeux w Normandii.

Drope to nie jedyny uciekinier z gołdapskiego obozu.

Joseph Lewin Newman był jednym z wielu ochotników, którzy w marcu 1915 r. rozpoczęli służbę w Australijskich Siłach Imperialnych. Już podczas badań komisja lekarska zwróciła uwagę na liczne blizny pokrywające ciało tego 21-letniego górnika oraz krzywy nos, który musiał być niewątpliwie w przeszłości złamany. Brakowało mu również palca u jednej ręki, a szorstki wygląd uzupełniały równie szorstkie maniery. Sprawiał wrażenie człowieka, który dobrze sobie radzi w trudnych okolicznościach, a gdy sytuacja tego wymaga potrafi również używać pięści. 

Przydzielono go do kompanii C, drugiej dywizji 17. batalionu i odtąd spędzał czas w niedającym się zmierzyć wzrokiem mieście namiotów, rozciągającym się wzdłuż wschodniego brzegu rzeki Georges w Nowej Południowej Walii. Jego życie składało się teraz z ciągłych marszów, musztry i nauki strzelania.

Pod koniec kwietnia 1915 r. obóz obiegła lotem błyskawicy wiadomość o lądowaniu 1 Dywizji w Turcji w miejscu zwanym Gallipoli. Pierwsze raporty mówiły o wielu ofiarach ale Diggers (dosł. kopacze – slangowa nazwa żołnierza australijskiego i nowozelandzkiego;  podobno powstała kiedy trzeba było wykopać głębokie rowy w Gallipoli żeby schować się przed tureckimi kulami) walczyli wspaniale. Nazwano to „australijskim chrztem ognia”, a nawet określono „narodzinami narodu”.

21 maja 1915 r. szeregowy Newman wszedł po trapie na pokład transportowca „Temistokles” i (z postojem w Egipcie na dodatkowe szkolenie) 20 sierpnia wylądował na półwyspie Gallipoli.
17 batalion rozłożył się w miejscu zwanym Wąwozem Rezerwowym, gdzie miał się aklimatyzować w oczekiwaniu na wysłanie w bój.

Jednak Newman urodził się pod szczęśliwą gwiazdą i uniknął tureckiej kuli podczas rzezi zwanej bitwą o Wzgórze 60. Wkrótce po przybyciu zmogła go choroba. Trafił do szpitala gdzie jego stan okazał się na tyle poważny, że na początku października przetransportowano go Londynu. Po kilku miesiącach rekonwalescencji powrócił do macierzystego batalionu, który w tym czasie stacjonował we Francji. Trzy tygodnie później ponownie go hospitalizowano. Tym razem przez świerzb – chorobę, która prześladowała go przez długie lata.

Newman był typowym australijskim łazikiem i chuliganem. Podczas pobytu w szpitalu często wpadał w tarapaty,  oskarżano go o dezercję, niesubordynację oraz niestawianie się na apelu.

Pomimo kłopotów z dyscypliną powrócił do swojego oddziału, który w styczniu 1917 r. wysłano nad Sommę. Kolejne miejsce pierwszowojennej rzezi – ponad milion ofiar.  15 kwietnia 1917 r. kompania C obsadziła podtopioną drogę na skraju wsi Lagnicourt. Naprzeciwko Kopaczy rozlokowały się dwadzieścia trzy doborowe bataliony niemieckie. Następnego ranka Niemcy przypuścili atak
i Australijczycy znaleźli się w okrążeniu. W rezultacie ciężkich walk przeżyło ich (wliczając Newmana) tylko piętnastu. W końcu nie mieli wyboru i wobec ogromnych strat i braku amunicji poddali się.

Ciąg dalszy odysei szeregowca Newmana to Lille gdzie trafił do osławionego Fortu McDonald. Wrzucono go tam po prostu do lochu gdzie jeńcy dosłownie pływali we własnych ekskrementach. Później trafił do Avelin gdzie pracował w fabryce amunicji. Następnie jeńców przerzucono do
St. Amand gdzie pracowali przy zbiorach kapusty. Później było Wez w Belgii skąd Newman trafił do Czerska na Kaszubach. Tutaj przez  tydzień czekał na pociąg do Heilsbergu. Stamtąd, tak jak Drope, został przewieziony do Gołdapi. Był styczeń 1918 r.

Przypomnę tutaj, że Harry Drope zbiegł z niewoli w czerwcu 1918 r. Istnieje więc spore prawdopodobieństwo, że on i Newman spotkali się w gołdapskim obozie.

Newmana przydzielono do 15-osobowej grupy roboczej w skład której wchodziło pięciu Rosjan, czterech Australijczyków, Brytyjczycy oraz Francuzi. Praca była ciężka lecz grupa była pilnowana przez niedbałych strażników, którym wydawało się że ucieczka jeńców ze względu na odległość jaka dzieliła Gołdap od linii wojsk alianckich, jest niemożliwa.

Wielu jeńców otrzymywało w tym czasie cotygodniowe paczki z Czerwonego Krzyża – dla Newmana dar od Boga, a dla wielu innych różnica między życiem i śmiercią głodową. Z rozmowy dwóch jeńców rosyjskich – Grosberga i Grewina – Newman zorientował się, że planują ucieczkę. Obaj Rosjanie przebywali w niewoli od ponad 3 lat i udało im się zgromadzić sporą ilość gotówki. Ich plan miał jednak jedną istotną wadę – brak żywności potrzebnej do odbycia tak dalekiej podróży. I tutaj do przyszłych uciekinierów dołącza nasz szeregowy. Jego wkład to zawartość paczek z Czerwonego Krzyża.

Pewnej nocy Newman i jego dwaj towarzysze wychodzą po prostu przez okno i tuż pod nosem niemieckich strażników rozpływają się w ciemnościach. Podróżują tylko nocą, po to by w ciągu dnia wypoczywać w ukryciu. Trasa ucieczki wiedzie głównie przez lasy i bagna więc nikt poza komarami ich nie niepokoi. Newman, jako ten który ma spore doświadczenie w poruszaniu się w buszu i ze względu na umiejętność określania kierunku za pomocą położenia gwiazd, zostaje wybrany przywódcą.  Katastrofa omal nie następuje tuż przed przekroczeniem granicy z Rosją. Cała trójka w biały dzień weszła do wioski i natknęła się na niemiecki posterunek. Wartownik, który zaczął ich przepytywać był bardzo podejrzliwy. Uciekinierzy przyznali, że cała trójka jest zbiegłymi rosyjskimi jeńcami wojennymi. Strażnik podejrzewał jednak, że Newman to po prostu „Englander” a nie żaden rosyjski jeniec i powinien być odstawiony prosto do lokalnej komendantury. Pozostałej dwójce strażnik oświadczył że Rosja nie wspiera już Aliantów i mogą spokojnie ruszyć dalej. Rosja wycofała się już wówczas z wojny w wyniku rewolucji i traktatu pokojowego podpisanego 3 marca 1918 w Brześciu. Newman był jednak zdeterminowany i nie chciał wracać do niewoli. Kurczowo zacisnął palce na nożu ukrytym pod połą płaszcza. Był też przekonany, że jego towarzysze przyjdą mu w razie potrzeby z pomocą. Sytuacja stała się napięta. Na szczęście dla wszystkich do rozmowy wtrącił się przechodzący obok niemiecki cywil. Oświadczył on oniemiałemu wartownikowi, że albo przepuści wszystkich trzech jeńców albo poniesie poważne konsekwencje. Zdumiony wartownik przez chwilę rozważał sytuacje w jakiej się znalazł. Oczekując najgorszego Newman spiął się jeszcze bardziej i mocniej ścisnął nóż w reku. Niemiec chyba wyczuł determinację całej trójki i jak niebezpieczne mogą być dla niego jej konsekwencje. Mruknął tylko krótko „Odmaszerować. Nie widziałem was”. Nie ociągali się. Podziękowali szybko swojemu  wybawcy i uciekli ze wsi zanim wartownik postanowił zmienić zdanie i strzelił im w plecy.

Byli już jeńcy trafili do Bieszankowicz (obecnie Białoruś) gdzie władze bolszewickie wydały Newmanowi przepustkę na podróż do Piotrogrodu. Tam zgłosił się do konsulatu brytyjskiego gdzie otrzymał trochę pieniędzy i obietnicę, że wkrótce będzie mógł wyruszyć w podróż do Anglii. Okazało się jednak, że nie będzie to możliwe przez kilka następnych miesięcy. Dowiedział się też, że za tydzień ma wypłynąć z Archangielska statek do Montrealu w Kanadzie. Nie chcąc dłużej czekać wyruszył w dalszą podróż. 8 lipca 1918 r. znalazł się w Kanadzie. Tam po krótkim postoju zaokrętował się na SS „Corsican” i 8 sierpnia przypłynął do Anglii. Ponownie znalazł się w szpitalu. Oczekiwał tam na nowy przydział i powrót na front. Zanim to jednak nastąpiło szeregowcowi Newmanowi znowu zaświeciła jego szczęśliwa gwiazda – ogłoszono zawieszenie broni. Odezwała się też jego buntownicza natura i zanim zaokrętowano go na wypływający w marcu 1919 r. do Australii transportowiec „Car”, dodał jeszcze klika  siniaków i blizn do swojej i tak licznej kolekcji.

O ile na temat spotkania H. Drope`a i J. Lewina w Gołdapi możemy tylko domniemywać czy miało miejsce, to z całą pewnością spotkali się na łamach dodatku do London Gazette z 30 stycznia 1920 r. Obaj znajdują się na liście żołnierzy odznaczonych przez Jego Królewską Wysokość Medalem Wojskowym (Military Medal) za waleczność i determinację okazaną podczas ucieczki z niewoli. Ich nazwiska widnieją na sąsiednich stronach gazety.

Wśród jeńców, przebywających w niewoli na terenie Prus Wschodnich znaleźli się również poddani korony brytyjskiej z Indii. W czasie I wojny światowej zmobilizowano ponad milion Hindusów. Byli wśród nich zarówno żołnierze jak i pracujący na rzecz wojska robotnicy. Wśród tych którzy trafili do niemieckich obozów znalazło się również około tysiąca internowanych cywili: biznesmenów, studentów niemieckich uniwersytetów, marynarzy i robotników.  Duża grupa  Hindusów przebywała w obozach w Gołdapi i okolicach. Tak jak pozostałych więźniów zatrudniono ich do prac przy odbudowie zniszczonego miasta. Na przykład grupę 107 Hindusów zatrudniono w 1917 r. w firmie Berger w Gołdapi do prac przy naprawie zniszczonych torów kolejowych. Dwudziestu spośród nich było cywilami którzy, jak to przedstawiali Niemcy, pracowali „ochotniczo”. Według niezależnego wizytatora obozów jenieckich z ramienia delegacji holenderskiej – Dr Römera, praca była lekka a warunki na tyle korzystne, że hinduscy jeńcy nie potrzebowali nadzoru strażników ani płotów. Zezwalano im podobno nawet na wyprawy do okolicznych wsi w celu zakupu pożywienia.

Sam doktor Römer wydaje się interesującą postacią lecz nie znalazłem wielu danych na jego temat. Wiadomo że, wizytował obozy w Gołdapi i wokół niej co najmniej dwukrotnie w latach 1916 – 1917. W brytyjskim National Archive zachowały się raporty z tych wizyt. Odwiedził też obóz w Dubeninkach w celu zapoznania się z warunkami w jakich żyją przetrzymywani tam hinduscy cywile. Z dokumentów wiadomo, że nie wszyscy byli zadowoleni ze sposobu w jaki wywiązywał się ze swoich obowiązków. Pojawiły się nawet oskarżenia, że raporty które sporządzał dla poselstwa holenderskiego są nierzetelne i niewiarygodne. Szczególnie jeśli chodzi o obozy w Gołdapi i Trakenach. Sami Holendrzy zarzucali mu, że sporządził raporty z wizyt które nigdy się nie odbyły. Chyba nie do końca słusznie bo z relacji H. Drope`a wiemy, że na pewno pojawił się w Gołdapi w październiku 1917 r. Również Brytyjczycy mieli do Römera zastrzeżenia. Uważali, że chociaż jego raporty zawierają szczegółowy opis baraków i warunków sanitarnych w jakich mieszkają jeńcy, to nazbyt ufa temu co komendanci obozów czy władze wojskowe zechcieli mu pokazać i nie wychodził z inicjatywą rozmów z samymi jeńcami. Römer bronił się twierdząc, że więźniowie nie prosili go o taki rozmowy, co wydaje się dosyć naiwnym tłumaczeniem. Brytyjczycy mieli również zastrzeżenia do innych podawanych przez niego informacji. Twierdził np. że hinduscy cywile otrzymywali w Gołdapi 110 marek za 14 dni pracy. Była to kwota o wiele przewyższająca płace innych jeńców, bliższa raczej wynagrodzeniu niemieckich robotników niewykwalifikowanych. Takich informacji dostarczał mu m.in. Kando Ambelal Desai – hinduski tłumacz, na którego współwięźniowie składali później skargi za to że był faworyzowany. Posiadał oddzielny pokój w baraku i był opłacany wyżej niż inni. W świetle tych informacji Brytyjczycy nabrali podejrzeń, że Niemcy próbują wykorzystać „gołdapskich” Hindusów do celów propagandowych. Miało to swoje konsekwencji w postaci zmniejszenia ilości paczek żywnościowych przysyłanych hinduskim więźniom przez brytyjskie organizacje pomocowe.

Na koniec chciałbym jeszcze powrócić do wątku poruszonego przez H. Drope`a w jego raporcie, dotyczącego brutalności z jaką traktowano rosyjskich jeńców wojennych. Możemy się o tym przekonać czytając relacje rosyjskie.

28 sierpnia 1915 r., gdy Rosjanie wycofywali się z Prus Wschodnich, do niemieckiej niewoli dostał się w Gołdapi personel medyczny 310. szpitala polowego, w tym siostry miłosierdzia: Radonicz, Wikolicz – Pawłowicz, Kondratiew i Brago. Niemiecki oficer oświadczył im, że są jeńcami wojennymi i w przypadku próby ucieczki zostaną zastrzelone. Siostry zostały odseparowane od reszty personelu w jednej z sal gołdapskiego szpitala gdzie znajdowały się tylko trzy łóżka z brudną, noszącą ślady czerwonki,  pościelą. Na chorobę tą cierpieli leżący w nich uprzednio pacjenci. Gdy niemieckie pielęgniarki spostrzegły, że Rosjanki zdejmują brudną pościel napomniały je surowo, że jest ona wystarczająco czysta i doskonale się dla nich nadaje. Następnego dnia siostry wraz z lekarzami i sanitariuszami zostały przeniesione do baraków gdzie przetrzymywano je przez kilka godzin. Powróciły do szpitala lecz umieszczono je w jeszcze mniejszej niż uprzednio sali wyposażonej tylko w jeden materac, cztery taborety i dwie narzuty. Przetrzymywano je w zamknięciu aż do wyjazdu z Gołdapi czyli do 10 września 1915 r. Nie zezwalano im na korzystanie z toalety. Dostały jedynie wiadro, które opróżniano raz na cztery dni. Raz dziennie dostarczano im wodę, której ilość mieściła się w małej miednicy i miała wystarczyć  czterem kobietom do umycia się, zrobienia prania i umycia podłogi. Spotkały się też z odmową gdy poprosiły o zgodę na zakup w celach higienicznych spirytusu i waty. Później gdy znalazły się  już w obozie jenieckim w Hammerstein odebrano im nawet wodę toaletową gdyż był to, jak oświadczył komendant obozu, zbytek luksusu. Na ich dzienne wyżywienie w Gołdapi składała się kawa bez cukru i kawałek chleba z gęsim smalcem na śniadanie oraz kleista zupa na mące na obiad i kolację. Gdy poskarżyły się lekarzowi i pielęgniarkom na swoje racje powiedziano im że są w sam raz dla nich.

Z Gołdapi, po krótkich postojach w Giżycku, Bartoszycach i Królewcu rosyjskie siostry trafiły do obozu jenieckiego w Hammerstein (obecnie Zakład Karny Czarne na Pomorzu) gdzie pozostawały do
29 października 1915 r. Stamtąd przewieziono je do oddalonego o 34 km na wschód Schlochau (Człuchowa) gdzie znajdowały się pod nadzorem władz cywilnych do 16 grudnia, kiedy to otrzymały zgodę na powrót do Rosji.

Podobnego traktowania doświadczył jeden z wziętych do niewoli z siostrami lekarzy. Wraz z towarzyszami  został wtrącony do więzienia i ograbiony ze wszystkiego co posiadał. Tak opisywał w liście pierwsze dni uwięzienia:

„Odebrano nam wszystko: pieniądze, dokumenty, portfele, okulary i notesy. Ograbili nas niemieccy oficerowie i żołnierze dowodzeni przez majora –chirurga z pułku kawalerii. Ci którzy próbowali ukryć pieniądze zostali pobici przez samego majora. Takiego oto traktowania doświadczyli lekarze Czerwonego Krzyża chronieni Konwencją Genewską. Nasze siostry miłosierdzia wtrącono do więzienia razem z nami lecz po kilku godzinach przeniesiono je do miejscowego szpitala. Więcej ich nie zobaczyliśmy. Większość żołnierzy przetrzymywano na podwórzu pomimo chłodu i ulewnego deszczu. Byli wśród nich ranni, którymi poza nami nikt się nie zajmował. W tych strasznych warunkach opatrywaliśmy ich rany przez kilka dni. Przez dwa dni nikt z nas nie otrzymał żadnego posiłku. Wieczorem drugiego dnia dostaliśmy po małej misce grochówki, a niektórzy nie otrzymali nawet tego. Trzeciego dnia każdy z więźniów otrzymał funt chleba (450g. – MB). Od tego dnia dostawaliśmy też codziennie miskę grochówki. Zostaliśmy przeniesieni do baraków lokalnego pułku piechoty gdzie każdemu z nas przydzielono rzucony bezpośrednio na ziemię, wypchany trocinami materac. Barak w którym nas umieszczono był zbrojownią gdzie mieliśmy bardzo mało miejsca lecz pod dostatkiem kurzu i brudu. Piątego dnia obudzono nas o piątej rano, podano grochówkę i kazano ruszać do oddalonego o 40 czy 50 km od Gołdapi Angerburga (Węgorzewa). Maszerowaliśmy szybkim tempem w ciągu dnia z jednym tylko półgodzinnym postojem i o ósmej wieczorem dotarliśmy na miejsce. Nasza kolumna składała się z 4 tysięcy ludzi. Tych którzy upadali poganiano poszturchując bronią lub bagnetem. Podczas całego marszu nie dostaliśmy nic do picia, a tych z nas którzy po drodze próbowali napić się wody z mijanych studni przeganiano bagnetami.”

Jedyną zagadką pozostaje położenie obozu jenieckiego na terenie miasta (lub poza jego granicami). Niestety nie udało mi się ustalić do jego lokalizacji. Być może widnieje na jakiejś mapie z tego okresu. Z opisu w raporcie Dropa domyślam się jedynie, że znajdował się on gdzieś pomiędzy miastem i jeziorem.  Być może w literaturze niemieckojęzycznej znalazłyby się inne ślady. Zdaję się tutaj na internautów znających ten język. Gdyby udało się ustalić położenie obozu być może gołdapskie muzeum wzbogaciłoby się o kilka interesujących eksponatów.

Zainteresowanych innymi raportami zachęcam do odwiedzenia strony www.nationalarchives.gov.uk W wyszukiwarce strony należy zaznaczyć opcję Search our records i wpisać Goldap (jest tam też raport z wizytacji obozu w Dubeninkach). Dostęp do poszczególnych akt jest trochę bardziej czasochłonny. Może to potrwać nawet 24 dni. Najpierw należy wnieść bezzwrotną opłatę w wysokości £8.40. Archiwista sprawdzi czy stan akt którymi jesteśmy zainteresowani pozwala na ich skopiowanie. Jeżeli tak będzie otrzymamy przesłaną e-mailem pełną wycenę i wówczas możemy zadecydować czy chcemy otrzymać kopię akt (i w jakiej formie – PDF lub droższej papierowej).

Maciej Berner

Źródła:


Aktualności

Powiązane artykuły

4 komentarzy do “Z pól bitewnych do obozów jenieckich

  1. Mieszkaniec

    Po prostu niesamowite. Jak, delikatnie mówiąc, nie przepadam za historią , tak ten materiał (i reszta archiwum na tym portalu) zrobił na mnie duże wrażenie.

     
  2. M

    Świetna robota Maciej. Gratuluję. Szkoda,że tacy ludzie jak Ty wyemigrowali i nie ma Ciebie w Gołdapi.

     
  3. Maciej Berner

    Bardzo dziękuję.

     
  4. Zbyszek Świtkiewicz

    Wielkie podziękowania dla Autora!!!

    I również dla „Redakcji”, za udostępnienie 🙂