„Chętnie podzieliłbym się tymi wspomnieniami”

000_-Rynek-w-pierwszych-latach-powojennych.Niemal przed rokiem we wpisie zatytułowanym „Powojenny tułacz…” (pod linkiem: http://goldap.org.pl/2014/12/powojenny-tulacz/) zamieściliśmy w całości interesujący komentarz Henryka Kamińskiego. W nawiązaniu do tego wpisu odezwał się do nas pan Antoni Podgórski z Montrealu – jego komentarz również postanowiliśmy opublikować niżej w osobnym wpisie:

Dzień dobry,

W poszukiwaniu minionego czasu złożyłem wizytę na Waszej fajnej stronie internetowej. Mieszkałem w Gołdapi w latach 1953-54, jako kilkuletnie dziecko (rocznik 1946). Mój ojciec Jan Podgórski i jego druga żona Antonina Podgórska z domu Kosińska (a nie Konińska jak podajecie), oboje lekarze, zostali skierowani do pracy w Gołdapi. Przydzielono nam ogromne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy, wyjątkowo niespalonej przez Rosjan, przy ulicy 15-go Grudnia. Salon miał 3 okna, pozostałe 4 pokoje, też ogromne, ułożone były promieniście wokół wielkiego hall’u, ale połączone między sobą, tworząc kolistą amfiladę, tak, że po otwarciu wszystkich drzwi jeździłem wokół mieszkania na rowerze. Wybieram się w podróż sentymentalną do Gołdapi i prosiłbym o bieżącą nazwę tej ulicy. Na pewno została zmieniona bo była to data “komunistyczna”. Pamiętam sporo, prawdę mówiąc coraz więcej, w miarę jak się starzeję i chętnie podzieliłbym się tymi wspomnieniami. Oboje oni, tzn.i ojciec i macocha dawno nie żyją, ale żyją moje dwie starsze siostry, które spędziły z nami całe wakacje w 1954-m roku. Jedna z nich, mieszkająca w Sztokholmie ma wybitny taleny literacki. Wydała już kilka świetnych książek i mogłaby ubrać nasze wspomnienia w piękna szatę.
Pozdrawiam i z góry dziękuję.
Antoni Podgórski, Montreal

 


Aktualności

Powiązane artykuły

2 komentarzy do “„Chętnie podzieliłbym się tymi wspomnieniami”

  1. J.M.

    „prosiłbym o bieżącą nazwę tej ulicy”

    Obecnie jest to ul. Jaćwieska !

    Nikt jeszcze nie głosował.
    Please wait...
  2. wakacje pełne zapachów

    Inne wspomnienie, też pełne zapachów.
    Tym razem jest to zapach ziemi, mokrego piasku, jakaś nieuchwytna woń jakby siarki. Ja, dwunastoletnia, już prawie panna, ale jeszcze dzieciak, z moimi podwładnymi dźwigamy karabinowe gilzy i inne znalezione żelastwo, którego w powojennej Gołdapi jeszcze w 1955
    roku była masa. Ściągamy to wszystko do naszego arsenału. Zrobiliśmy go w dużym murowanym śmietniku, który w pocie czoła uprzątnęliśmy sami i wysypali piaskiem ja, mój ośmioletni braciszek Antoś i Ziutek, mały Puciłowszczak, jak śmiejąc się przezywają go inne dzieci. (Nie widziałam w tym niczego śmiesznego, lecz ludzie po kątach mówili, że to na niego i dwoje mniejszych jeszcze dzieci ich ojciec, miejscowy ksiądz Puciłowski, co niedzielę zbiera na tacę…)
    Ten bunkier – arsenał to nasza wielka tajemnica przed dorosłymi. Do których nagle niestety zaczęła się zaliczać starsza o półtora roku ode mnie, Basia, która ni z gruszki ni z pietruszki, zaczyna kręcić sobie włosy, codziennie zmieniać skarpety i nie zauważać nas.
    Pewnego razu znaleźliśmy coś, co przypominało bombę. Fantastyczne znalezisko, największe
    w naszych zbiorach. Niesiemy to w pocie czoła ja idę pierwsza, za mną Antek niesie ogon pocisku. Nagle wypada mu z rąk i pocisk ląduje na ziemi. Jestem na niego zła. W domu niemal nie odzywamy się do siebie. Za to Basia jest bardzo rozmowna, tak bardzo, że opowiada Tacie o naszych „zabawach”. Wyśledziła nas pewnie…
    Gdy jednostka saperów oczyszczała nasz bunkier, zarządziła opuszczenie wszystkich
    mieszkań w okolicy. Wynosili ten pocisk ostrożnie, jak niemowlę. No cóż niewypałów było wtedy dużo… Nie rozumiałam, dlaczego tylko ja dostałam od Taty takie lanie!

    Nikt jeszcze nie głosował.
    Please wait...