Komercjalizacja zabija inicjatywę lokalnych społeczności

m_witczak

m_witczakRozmawiamy z Maciejem Witczakiem dyrektorem Gminnego Ośrodka Kultury i Promocji w Baniach Mazurskich.

Na początek może powiedz coś o sobie – jak się to zaczęło?

– Przyjechałem na Mazury 25 lat temu, aby podjąć pracę w PGR Banie Mazurskie. Z wykształcenia jestem inżynierem zootechnikiem. Wraz z żoną (również inż. zootechnikiem) podjęliśmy pracę w Zakładzie Rolnym Jagoczany i takie były początki. Następnie, po likwidacji PGR-ów, stworzyliśmy z kolegami spółkę. Sześć lat temu wraz z kolegami wycofaliśmy się z niej. Pozostał w niej tylko jeden z nas – założycieli. Później miałem epizod z prywatnym chowem świń, ale wobec różnych niesprzyjających okoliczności poniosłem porażkę.

W wielu rozmowach ze znajomymi, z rodziną, mówiłem, że gdybym nie był tym „zerotechnikiem”, to prawdopodobnie chciałbym być jakimś „kaowcem”, bo bym się w tym widział i spełniał. To moje przeświadczenie wynikało z tego, że przebywając w życiu w różnych miejscach, zawsze miałem bliski kontakt z kulturą.

Pochodzę z Łodzi, skończyłem Technikum Leśne, bo chciałem być leśnikiem. W szkole prowadziłem zespół muzyczny i inną działalność kulturalną. Sprawiało mi to wiele satysfakcji. Brałem udział w różnych konkursach zupełnie niezwiązanych z moją nauką, np. konkurs na znajomość treści utworów Żeromskiego w Kielcach. Pięcioletni pobyt w Zagnańsku, był moim pierwszym kontaktem z wsią.

Po maturze wróciłem do miejskiej „rzeczywistości”. Podjąłem studia biologiczne w Uniwersytecie Łódzkim, ale szybko się nimi znudziłem. Ponieważ zawsze lubiłem zwierzęta, więc podjąłem pracę w Łódzkim ZOO. Pracowałem tam 5 i pół roku i w międzyczasie ukończyłem na SGGW studia zootechniczne. Przez cały okres pobytu w Łodzi grałem w zespole muzycznym. Muzyka to jedna z moich pasji.

Następstwem ukończenia zootechniki było związanie się na stałe z wsią. W 1983 roku zamieszkałem w podwarszawskiej Gminie Klembów (wówczas był to skraj województwa ostrołęckiego), gdzie znalazłem zatrudnienie w Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej w Rasztowie jako zootechnik. Tak więc moje wykształcenie i wcześniejsze doświadczenie zawodowe jest zupełnie czymś innym niż moja obecna praca.

Gdy trzy lata temu otrzymałem informację o konkursie na stanowisko dyrektora GOKiP w Baniach Mazurskich, bez chwili zastanowienia postanowiłem odmienić swój los i przystąpiłem do konkursu. Spełniałem kryteria, miałem doświadczenie w kierowaniu firmą, gdyż ponad 20 lat pełniłem funkcje kierownicze. Na pewno nie miałem doświadczenia w prowadzeniu instytucji tego typu, jak dom kultury, ale na moje szczęście przed kandydatami nie postawiono takiego warunku. Zobowiązałem się tylko, że podejmę podyplomowe studia kierunkowe. Zapisałem się i ukończyłem roczne studia: marketing kultury na Uniwersytecie Warszawskim. Pracę w GOKiP rozpocząłem trzy lata temu, pierwszego października.

Trochę obawiałem się, jak zostanę przyjęty, bo wraz ze mną do konkursu przystąpiło dwoje pracowników zatrudnionych w tej placówce.

Jak postrzegasz tę placówkę w tutejszym środowisku i na czym polega działalność GOKiP?

– Moje oczekiwania związane z tą placówką są dużo większe niż możliwości, jakie ona posiada. Widzisz w jakim pomieszczeniu teraz rozmawiamy. W tym małym pokoiku siedzi moja księgowa oraz koleżanka Beata, która jest instruktorem KO i kasjerką. Moje „biuro” mieści się na poddaszu, „pod niebem”, w kabinie kinooperatora. Nazywam to pomieszczenie „magazynem rzeczy zbędnych”, gdyż nie mamy pomieszczeń magazynowych. Dlatego też nie zapraszam do siebie nikogo, by się nie potknął na górze lub nie spadł z tych stromych schodów, przypominających raczej drabinę. Z humorem akceptuję moje biuro, mówiąc, że przez otwory, przez które niegdyś wyświetlano filmy, mam podgląd na to, co się dzieje na sali. A aulę – salę widowiskową, mamy całkiem przyzwoitą, choć wymaga remontu. Trzy lata temu nasza aula była pozbawiona światła słonecznego, gdyż okna miała pozabijane na stałe płytą pilśniową, zamiast wykładziny na posadzce były niemal same dziury. Okna odsłoniliśmy oraz uprosiliśmy wójta o ekstra dofinansowanie instytucji, aby zrobić porządek z podłogą w auli, która służy również dzieciom z klas 0-3, jako sala gimnastyczna. Mamy jeszcze salę klubową, gdzie stoi bilard. Tam spotyka się młodzież. Sala ta służy również do organizowania warsztatów plastycznych czy kulinarnych. Wówczas rozkładane są stoły tenisowe, przy których mieści się dwadzieścia osób. Jest również sala, w której mieści się Akademia Małolata – tak sympatycznie nazywa się świetlica dla dzieci w wieku przedszkolnym.

Ogólnie rzecz biorąc, to nie mamy pomieszczeń na zorganizowanie jakiejkolwiek pracowni. Najbardziej przydałaby się nam pracownia plastyczna, bo jeśli zaczyna się jakąś pracę plastyczną, to musi być możliwość ukończenia jej w innym dniu. A tutaj niestety trzeba wszystko składać, co jest kompletnym bezsensem. Dlatego możemy tylko przeprowadzać warsztaty, a nie zajęcia stałe. A czuję, że potencjał u dzieci jest duży, co pokazały warsztaty przeprowadzone w lipcu przez artystę plastyka z Giżycka – Jacka Zemana .

Mamy w naszym ośrodku kultury siłownię i zatrudnionego instruktora sportu. Nasz Łukasz prowadzi jednocześnie B – klasową drużynę LKS-u „Pogoń” Banie Mazurskie, zaś sam Klub ma także siedzibę w naszej instytucji. Mam nadzieję, że coś się zmieni, gdy w tym roku w Baniach Mazurskich powstanie „Orlik”. Może ten kompleks sportowy rozwiąże problemy treningów młodszych adeptów sportu.

Ale widać, że wiele tu się dzieje i że współpracujecie z różnymi organizacjami?

– Jest nas zatrudnionych cztery i pół osoby na stałe. Jest instruktor muzyki, który również kieruje Zespołem ZOREPAD. Ponieważ Tomasz jednocześnie jest nauczycielem zatrudnionym przez ZPO w Baniach Mazurskich, więc przygotowuje w naszym domu kultury większość imprez szkolnych. Ze szkołą, którą mamy po sąsiedzku, ściśle współpracujemy. Uczniowie starszych klas podstawówki i gimnazjaliści, też mają do nas blisko, przejdą tylko przez boisko i już są u nas. Zobowiązałem się, że w GOKiP zrobię dla nich „dom otwarty”. Powiedziałem: „jeśli przygotowujecie jakąkolwiek imprezę, to wszystkie próby mogą odbywać się u nas, bo wy w swoich napiętych programach, nie macie czasu, by to zrobić w szkole”. Sala i czas pracy naszego instruktora jest do dyspozycji szkół i w moim przekonaniu ta współpraca jest korzystna dla obydwu stron.

Przez rok działały w naszym ośrodku jeszcze dwie inne grupy śpiewające: kwartet SONET i grupa dziewcząt 16-18 lat. SONET przestał się spotykać, gdy odeszła jedna z pań – może nam się uda je nakłonić do wznowienia prób. Natomiast z młodszymi grupami jest naturalny problem przerywania prób w momencie kończenia gimnazjum i odchodzenia do szkół średnich. Dlatego w tej chwili najważniejszą sprawą jest zajęcie się młodszymi dziećmi.

Od ponad dwóch lat ściśle współpracujemy z miejscową drużyną harcerską. Realizujemy wiele wspólnych projektów. Oprócz zajęć na miejscu udało nam się zorganizować wspólne wycieczki do Warszawy, do Gdańska oraz obóz wędrowny w Bieszczadach.

Tak jak już wcześniej wspomniałem zatrudniamy instruktora sportu, wiec realizujemy wiele zajęć sportowych: turnieje bilardowe, w tenisa stołowego, aerobik.

Uważam, że młodzież trzeba odciągnąć od komputerów, piwa i innych używek. Nasz młody instruktor sportu, którego wykształcenie to pedagogika i resocjalizacyjna ma wielkie pole do popisu. Lepiej, żeby młodzi ludzie ćwiczyli mięśnie i charaktery, realizując zajęcia z kultury fizycznej, niż mieliby wybijać szyby, przewracać kosze na śmiecie, czy łamać znaki drogowe.

Przez dwa lata prowadziliśmy nieodpłatnie warsztaty taneczne, które prowadziła instruktorka z Węgorzewa. Ponieważ uczestniczki chodziły „w kratkę”, więc dla zdyscyplinowania grupy postanowiliśmy wprowadzić częściową odpłatność. Okazało się wówczas, że dziewczęta mają inne priorytety i sprawa tańców w GOKiP póki co upadła. Gdybym miał na miejscu jakiegoś instruktora tańca, to zapewne sprawa wyglądałaby inaczej. Tak było kilka lat temu.

Mogę powiedzieć, że nasza działalność polega na maksymalnej pomocy wszystkim podmiotom jakie się do nas zwrócą. Czy to jest kościół greckokatolicki, rzymskokatolicki, harcerze, szkoła czy lokalne stowarzyszenie. Absolutnie ze wszystkimi staramy się jak najlepiej współpracować.

Jeśli chodzi o imprezy, to mamy stałe punkty, które realizujemy w ciągu roku. Są to: Majowy Festyn Rodzinny, Noc Świętojańska, Lisowisko – impreza, która odbywa się w Lisach. Organizujemy ją we współpracy z miejscową społecznością skupioną wokół OSP i nowopowstałym Stowarzyszeniem „Nadzieja”. Rewelacyjnie nam się współpracuje. Organizujemy również festyn w Żabinie – od dwóch lat we współpracy z lokalną parafią. W ubiegłych latach organizowaliśmy także festyn w Widgirach, ale w tym roku nie ujęliśmy go w kalendarzu imprez ze względu na odbywający się niedawno Festyn „Barwy Kultury Ukraińskiej”, który był tego lata naszą priorytetową imprezą. Jest jeszcze Sylwester, ukraińska Małanka czy też Dożynki Gminne, które w tym roku po raz trzeci z rzędu mają rangę Dożynek Powiatowych. Ten ostatni fakt świadczy o naszej bardzo dobrej współpracy ze Starostwem Powiatowym. Od trzech lat wspieramy finansowo Jesienne Koncerty Muzyki Cerkiewnej. Rokrocznie organizujemy Andrzejki. Angażujemy się także w Koncert Charytatywny, którego głównym organizatorem jest Zespół Placówek Oświatowych, z którego pozyskiwane pieniądze przeznaczane są na organizowanie wycieczek szkolnych. Poza tym w każdej sytuacji staramy się angażować do współpracy z każdym, kto jej oczekuje.

Na bardzo wysokim poziomie oceniam współpracę z miejscową greckokatolicką Parafią Św. Mikołaja. Wielokrotnie udostępniamy na potrzeby lokalnej społeczności ukraińskiej nasze skromne pomieszczenia oraz bierzemy aktywny udział w przygotowaniu takich uroczystości jak: Koncert Szewczenkowski czy „Zustricz z Koladoju”. Ta współpraca zainspirowała nas do przeprowadzenia przed kilku dniami festynu „Barwy Kultury Ukraińskiej”. Moją ambicją jest, aby była to impreza cykliczna, którą nasza gmina mogłaby się szczycić.

Co chciałbyś udoskonalić, zmienić w funkcjonowaniu GOKiP?

– Chciałbym mieć, przede wszystkim, więcej pomieszczeń. W bieżącym roku postanowiliśmy wyremontować część naszej instytucji. W tym roku wymieniliśmy pięć okien w sali klubowej, a kolejne trzy są zamówione do Akademii Małolata. Chciałbym także, by jakiś ekspert ocenił, czy budynek naszej auli nadawałby się do podniesienia o jedno piętro, dałoby mi to ok. 200 m kw. dodatkowej powierzchni, z przeznaczeniem na pracownie. Warunki, które tu mamy na realizację zajęć są trudne. Wszystkie pomieszczenia jakie mamy są wykorzystywane przez wszystkich i do wszystkiego. Nie mamy nawet żadnej powierzchni magazynowej. Mieliśmy szansę na ściągnięcie z projektu komputerów, ale nawet nie mielibyśmy ich gdzie rozstawić.

Osiągnięcia, sukcesy?

– Myślę, że największym sukcesem jest nasza współpraca. Nie chcę wymieniać takiej czy innej imprezy. Uważam, iż siłą organizowanych przez nas przedsięwzięć – imprez – jest to, że nie dopuszczamy do nich komercji. Komercjalizacja może być pomocna, gdy pozyskuje się dodatkowe fundusze, ale wiąże się to także z pewną unifikacją produkcji – kalkowaniem. Traci się wówczas niepowtarzalny klimat imprezy, jej autentyczność. Komercjalizacja zabija także inicjatywę lokalnych społeczności, a ta ostatnia sprawa jest dla mnie niezwykle istotna, gdyż jestem otwarty na wszelkie formy współpracy z każdym. W warunkach jakimi dysponujemy, cieszy mnie, gdy możemy komuś służyć pomocą. Dzięki dobrej współpracy wykorzystujemy wspólny potencjał.

Jak się pracuje w środowisku tak różnorodnym narodowościowo i czy są z tym związane jakieś projekty?

– Jeśli chodzi o pracę w tym środowisku, jest super. Bardzo dobrze rozumiem środowisko ukraińskie, jego potrzeby. I nie chodzi tu o ich faworyzowanie. Ja, po prostu dostrzegam ogromny potencjał, jaki drzemie w naszych Ukraińcach. Zawsze twierdziłem, że ich traumatyczne doświadczenia 1947 roku i poczucie wspólnoty, powodują potrzebę kultywowania tradycji. My – Polacy zamieszkujący naszą gminę, nie mamy poczucia wspólnej przeszłości, gdyż znaleźliśmy się na Mazurach w bardzo różnym czasie i w nieporównywalnych okolicznościach oraz pochodzimy z różnych kulturowo części Polski. Takie przedsięwzięcia jak „Barwy Kultury Ukraińskiej” są skierowane jednak do całej naszej społeczności i mają ją integrować.

W 2009 roku zrealizowaliśmy projekt z programu Równać Szanse: „Nasi sąsiedzi, nasi bliscy – ocalić od zapomnienia”. Projekt ten uświadomił mi i – zapewne – gimnazjalistom go realizującym, jak różnorodna jest tu ludność. Mieliśmy okazję usłyszeć wiele frapujących historii i poznać wielu niezwykłych ludzi, którzy przybyli na Mazury w różnych czasach i różnych okolicznościach.

W 2010 roku skorzystaliśmy z małego projektu w ramach LIDER-a, dzięki któremu mogliśmy zakupić nagłośnienie na nasze imprezy plenerowe.

Twój czas prywatny, o ile taki jeszcze posiadasz? Jakieś pasje?

– Generalnie mam mało czasu prywatnego. A moją pasją są przede wszystkim góry. Uwielbiam Tatry. Gdy jestem w górach czuję się wolny. Nie jestem osobą religijną, ale gdybym czuł potrzebę rozmowy z Bogiem, to szukałbym Go właśnie w górach.

A poza tym: muzyka, muzyka i jeszcze raz muzyka. Jako młody człowiek wielokrotnie chodziłem do Teatru Wielkiego w Łodzi. Moja mama – nauczycielka języka polskiego, pasjonatka sztuki teatralnej, głównie opery, potrafiła przekazać mi część swojej pasji. Ja się wychowałem praktycznie na „Strasznym dworze” Moniuszki, byłem pewnie z dziesięć czy dwanaście razy na tej operze. Muzyka, piękne głosy i taniec poruszają mnie.

Ulubionym zespołem jest Dire Straits a ich utwór: „Telegraph Road” uważam za genialny.

Jestem również wielkim kibicem sportowym. Mój kontakt ze sportem nie ogranicza się jednak tylko do telewizora, ponieważ lubię biegać a trzynastokilometrową drogę do pracy pokonuję rowerem.

Dziękuję za rozmowę.

(Rozmawiała AT)

m_witczak m_witczak_z_lwami m_witczak_1974

Powiązane artykuły

2 komentarzy do “Komercjalizacja zabija inicjatywę lokalnych społeczności

  1. scorpio

    ech poskramiacz lwów w Baniach Mazurskich- a to historia .Brawo Panie Macieju!Sukcesów w tej ciężkiej pracy !!!!!

     
  2. Ale to jest niebezpiecznie podziwiam taka odwage!